Jeszcze zanim "śledzie" ruszyły w tegorocznym marszu przez Zatokę Pucką, rozgorzała dyskusja na temat zakłócania spokoju ptakom w ich naturalnym siedlisku, za jakie uważa się Ryf Mew. Chodzi o wyspę na zatoce, która w zależności od stanu wód może liczyć nawet do kilometra długości lub też znikać w całości pod wodą.
Ekolodzy z międzynarodowej organizacji WWF przejście przez piaszczystą łachę porównali do spaceru dziesiątki osób po czyjejś kanapie. Przypominają, że teren ten jest objęty programem Natura 2000, jest to także obszar Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. Dlatego, zdaniem Pawła Średzińskiego z WWF Polska, marszu w takiej formie nie powinno się na zatoce organizować.
- Wiemy, że zatokę trzeba chronić - przyznają uczestnicy Marszu Śledzia. - I to też staramy się robić.
Tymczasem ekolodzy alarmują, że strefa brzegowa i wody Bałtyku są zaliczane do najbardziej zatłoczonych miejsc na świecie.
- Są one eksploatowane ponad zdolność regeneracji - twierdzi Paweł Średziński.
Działacze organizacji WWF sugerują, że uczestnicy marszu mogliby przejść się szlakami lądowymi. Natomiast amatorzy turystyki ekstremalnej mogliby pomóc w ratowaniu linii brzegowej Zatoki Puckiej, gdzie od lat jest obserwowana ekspansja pół namiotowych na trzcinowiska, które są miejscem rozrodu i schronienia ryb.
W sprawie przemarszu przez wody Zatoki wypowiedział się także Andrzej Królikowski, dyrektor Urzędu Morskiego w Gdyni. Jego zdaniem obecność człowieka na wyspie powinna być ograniczona do czasu niezbędnego do wykonania prac badawczych oraz czynności związanych z bezpieczeństwem na morzu. Stwierdził jednocześnie, że nie ma formalnych podstaw by zakazać organizowania imprezy, jednak uważa że organizowany raz w roku Marsz Śledzia nie powinien być masowy.
- Z całą pewnością my jesteśmy mniejszym zagrożeniem dla środowiska naturalnego niż turyści, którzy pływają po Zatoce motorówkami - uważa Radosław Tyślewicz. - Jest to problem, nad którego rozwiązaniem trzeba by się zastanowić.
Potwierdzeniem tej teorii zdają się być łodzie, które z dużą prędkością i rykiem silników krążyły wokół końcówki Szpyrku w Rewie. Duże motorówki wywoływały fale, które zmuszały plażowiczów do ucieczki na suchy fragment cypla.
- Na pewno nie był to ostatni marsz - zapewnia Tyślewicz. - Przez Zatokę chodzimy zimą. Planuję już inne wersje naszego marszu, w innych terminach.
Zażegnano także "konflikt" między organizatorem wyprawy a władzami Jastarni. Onegdaj Tyślewicz ogłosił wyspę na Zatoce, jako terytorium Gdyni. Wówczas jastarnicy przypominali, że już przed wojną organizowano wyprawy na wyspę, gdzie odbywały się potańcówki.
- Topór wojenny został zakopany - zapewnia ze śmiechem Radosław Tyślewicz. - Uznaliśmy , że jest to wspólne dobro. Najlepszym dowodem jest udział w marszu burmistrza Tyberiusza Narkowicza.